Hailey's POV
Złapałam się za głowę i nie mogłam nic zrobić, tak bardzo mnie bolała. Cóż... lekarz mówił, że mogą wystąpić silne bóle głowy.
- Hailey, wszystko okej? - spytał Justin
- Gdybym powiedziała, że tak skłamałabym. - powiedziałam z resztek sił.
Nie mogłam tego wytrzymać i upadłam na ziemię.
Podbiegł do mnie Justin i wziął mnie na ręce, jak miłość swojego życia przy ołtarzu i zaniósł mnie na górę, po czym położył na łóżku.
'Jak miłość swojego życia' Jezu jakie daje porównania! Hailey, jesteś chora, serio.
Wyciągnął z szafki butelkę wody i dwie tabletki.
- To powinno pomóc. - powiedział
Łyknęłam tabletki popijając wodą.
- Połóż się, mała.
- To... może głupio zabrzmieć.. a-ale boję się.
Taka prawda. Boję się sama leżeć.
W domu mam wielkiego misia, który zastępuje mi jakąś osobę.
Justina?
Nie! To tylko mój przyjaciel.
Wmawiaj sobie
Jestem tego pewna! On mnie traktuje jako przyjaciółkę, a ja go jak przyjaciela!
Kłóciłam się w myślach z podświadomością.
- To jak? - spytał Justin.
- Słucham? - nie wiedziałam o co chodzi.
- Hailey, słuchałaś mnie w ogóle?
- Noo... Niezbyt.
- Ehh, pytałem się czy przypilnować cię i czy jeszcze boli cię głowa.
- Boli, ale już znacznie mniej. A i co do tego pierwszego... to jakbyś mógł... - powiedziałam dwa ostatnie słowa tak bardzo nieśmiało
- Um, nie ma sprawy.
Wczołgałam się pod kołdrę, oparłam się o poduszki i czekałam na Justina.
- Coś nie tak? Czy mam coś na twarzy..?
- Nie, nic nie masz. Wyglądasz słodko.
- To czemu nie idziesz?
- A właśnie... Już, już.
Podszedł obok mnie i wszedł pod kołdrę.
- Justin? - spytałam otulając jego nagi tors i kładąc głowę na nim.
- Huh?
- Dziękuję za wszystko, nawet nie wiesz jak to miło mieć prawdziwego przyjaciela.
- Wiem, księżniczko.
- Skąd?
- Bo moja prawdziwa przyjaciółka właśnie się do mnie przytula.
Po tym co powiedział uśmiechnęłam i zarumieniłam się.
- A wiesz co ci jeszcze powiem?
- Co? - spytałam
- Kocham jak się rumienisz i uśmiechasz.
- Wtedy wyglądam jak.. uhh, burak!
- Nie prawda, wyglądasz słodko!
Po jego słowach chwilkę milczeliśmy. Zaczęło mi się coraz bardziej chcieć spać, więc próbowałam zamknąć powieki.
Gwałtownie ktoś wszedł nam do pokoju. Podniosłam się z miejsca.
Jazmyn
- Jezu, dziewczyno, zawał dostanę! - krzyknęłam
- Ehh, nie myliłam się. Mogę usłyszeć odpowiedź na moje wczorajsze pytanie? - uśmiechnęła się przebiegle
- Huh? - spytałam
- Od ilu jesteście razem?
- My.. nie jesteśmy razem. - powiedziałam
- Mhmm, taa. Przychodzisz do niego o 23, śpicie razem całą noc i teraz leżycie półnadzy w łóżku.
- Jazmyn, możesz wyjść do cholery?! - krzyknął Justin.
- Dobra, ale jeśli przyznacie, że jesteście parą.
- Tak, jesteśmy parą! - powiedział.
- I o to mi chodziło.
Wychodząc trzasnęła lekko drzwiami, a ja wróciłam do mojej poprzedniej pozycji.
- Co to miało być? - spytałam
- Ona nie odpuściłaby. Chciałem, żeby dała spokój.
- Dobranoc Justin.
- Dobranoc księżniczko.
Pocałował mnie w czubek głowy i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.
Był bardzo miły.
Chyba nie wyobrażam sobie nas jako para.
Nie pasowałoby...
Szczerze? Nigdy nie miałam chłopaka, bo ktoś taki jak ja, po prostu nie zasługuje na miłość.
Taka jest prawda.
- Hailey? Śpisz już?
- Nie śpię. Co się stało?
- No bo... Nie wiem czy powinienem o to pytać, ale zaryzykuję. Co z twoim rakiem?
Rzeczywiście, nie powinien.
- No um...
- Nie umrzesz, prawda? - przerwał mi
- Umrę. Po prostu sama nie mogę się z tym pogodzić.
- Nie możesz. Wiesz... ciężko jest tracić osobę, na której ci zależy.
Czy on właśnie mi powiedział, że mu na mnie zależy?
- Straciłeś?
Na chwilę zamilkł i nie wiedział co powiedzieć, ale się przełamał
- Taka dziewczynka, Avalana się nazywała. Miała 3 latka jak zachorowała. - powiedział łamiącym się głosem
- Na co?
- Raka mózgu. Straciłem ją.
- To straszne, Justin.
- Nie możesz odejść. Jesteś wszystkim co mam.
- A Jazmyn? Rodzice?
- Miałem też brata, Jaxon'a. Moi rodzice razem z nim zginęli w wypadku samochodowym i została tylko Jazmyn.
- Twój tata to Jeremy?
- Taak, znałaś go?
- Jest lekarzem?
- Był.
- To.. dziwne. Jak byliśmy w szpitalu mój lekarz nazywał się Jeremy Bieber.
- Hailey, wszystko okej? - spytał Justin
- Gdybym powiedziała, że tak skłamałabym. - powiedziałam z resztek sił.
Nie mogłam tego wytrzymać i upadłam na ziemię.
Podbiegł do mnie Justin i wziął mnie na ręce, jak miłość swojego życia przy ołtarzu i zaniósł mnie na górę, po czym położył na łóżku.
'Jak miłość swojego życia' Jezu jakie daje porównania! Hailey, jesteś chora, serio.
Wyciągnął z szafki butelkę wody i dwie tabletki.
- To powinno pomóc. - powiedział
Łyknęłam tabletki popijając wodą.
- Połóż się, mała.
- To... może głupio zabrzmieć.. a-ale boję się.
Taka prawda. Boję się sama leżeć.
W domu mam wielkiego misia, który zastępuje mi jakąś osobę.
Justina?
Nie! To tylko mój przyjaciel.
Wmawiaj sobie
Jestem tego pewna! On mnie traktuje jako przyjaciółkę, a ja go jak przyjaciela!
Kłóciłam się w myślach z podświadomością.
- To jak? - spytał Justin.
- Słucham? - nie wiedziałam o co chodzi.
- Hailey, słuchałaś mnie w ogóle?
- Noo... Niezbyt.
- Ehh, pytałem się czy przypilnować cię i czy jeszcze boli cię głowa.
- Boli, ale już znacznie mniej. A i co do tego pierwszego... to jakbyś mógł... - powiedziałam dwa ostatnie słowa tak bardzo nieśmiało
- Um, nie ma sprawy.
Wczołgałam się pod kołdrę, oparłam się o poduszki i czekałam na Justina.
- Coś nie tak? Czy mam coś na twarzy..?
- Nie, nic nie masz. Wyglądasz słodko.
- To czemu nie idziesz?
- A właśnie... Już, już.
Podszedł obok mnie i wszedł pod kołdrę.
- Justin? - spytałam otulając jego nagi tors i kładąc głowę na nim.
- Huh?
- Dziękuję za wszystko, nawet nie wiesz jak to miło mieć prawdziwego przyjaciela.
- Wiem, księżniczko.
- Skąd?
- Bo moja prawdziwa przyjaciółka właśnie się do mnie przytula.
Po tym co powiedział uśmiechnęłam i zarumieniłam się.
- A wiesz co ci jeszcze powiem?
- Co? - spytałam
- Kocham jak się rumienisz i uśmiechasz.
- Wtedy wyglądam jak.. uhh, burak!
- Nie prawda, wyglądasz słodko!
Po jego słowach chwilkę milczeliśmy. Zaczęło mi się coraz bardziej chcieć spać, więc próbowałam zamknąć powieki.
Gwałtownie ktoś wszedł nam do pokoju. Podniosłam się z miejsca.
Jazmyn
- Jezu, dziewczyno, zawał dostanę! - krzyknęłam
- Ehh, nie myliłam się. Mogę usłyszeć odpowiedź na moje wczorajsze pytanie? - uśmiechnęła się przebiegle
- Huh? - spytałam
- Od ilu jesteście razem?
- My.. nie jesteśmy razem. - powiedziałam
- Mhmm, taa. Przychodzisz do niego o 23, śpicie razem całą noc i teraz leżycie półnadzy w łóżku.
- Jazmyn, możesz wyjść do cholery?! - krzyknął Justin.
- Dobra, ale jeśli przyznacie, że jesteście parą.
- Tak, jesteśmy parą! - powiedział.
- I o to mi chodziło.
Wychodząc trzasnęła lekko drzwiami, a ja wróciłam do mojej poprzedniej pozycji.
- Co to miało być? - spytałam
- Ona nie odpuściłaby. Chciałem, żeby dała spokój.
- Dobranoc Justin.
- Dobranoc księżniczko.
Pocałował mnie w czubek głowy i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.
Był bardzo miły.
Chyba nie wyobrażam sobie nas jako para.
Nie pasowałoby...
Szczerze? Nigdy nie miałam chłopaka, bo ktoś taki jak ja, po prostu nie zasługuje na miłość.
Taka jest prawda.
- Hailey? Śpisz już?
- Nie śpię. Co się stało?
- No bo... Nie wiem czy powinienem o to pytać, ale zaryzykuję. Co z twoim rakiem?
Rzeczywiście, nie powinien.
- No um...
- Nie umrzesz, prawda? - przerwał mi
- Umrę. Po prostu sama nie mogę się z tym pogodzić.
- Nie możesz. Wiesz... ciężko jest tracić osobę, na której ci zależy.
Czy on właśnie mi powiedział, że mu na mnie zależy?
- Straciłeś?
Na chwilę zamilkł i nie wiedział co powiedzieć, ale się przełamał
- Taka dziewczynka, Avalana się nazywała. Miała 3 latka jak zachorowała. - powiedział łamiącym się głosem
- Na co?
- Raka mózgu. Straciłem ją.
- To straszne, Justin.
- Nie możesz odejść. Jesteś wszystkim co mam.
- A Jazmyn? Rodzice?
- Miałem też brata, Jaxon'a. Moi rodzice razem z nim zginęli w wypadku samochodowym i została tylko Jazmyn.
- Twój tata to Jeremy?
- Taak, znałaś go?
- Jest lekarzem?
- Był.
- To.. dziwne. Jak byliśmy w szpitalu mój lekarz nazywał się Jeremy Bieber.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz