sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział 1

-... i 5,6,7,8! Dobrze Hailey. - powiedziała Clara, moja nauczycielka tańca. Uczę się u niej od 7 roku życia. Poszło ci w miarę dobrze.
- Źle poszło, nie oszukujmy się - westchnęłam - denerwuję się.
- Pójdzie wszystko dobrze. Ty się niczym nie martw.
- A jak tomografia wykaże jakąś chorobę? Co wtedy?
- Jesteś zdrową dziewczyną, niczym się nie przejmuj.
- Ja już lecę, bo się spóźnię na autobus. Do widzenia 
- Do widzenia Heiley.
     Spakowałam rzeczy i wyszłam z treningu. Skierowałam się w stronę przystanku autobusowego i stanęłam w oczekiwaniu na swój autobus. Po chwili przyjechał i do niego wsiadłam. Usiadłam na pierwszym lepszym wolnym miejscu, wyciągnęłam swojego iPhone, weszłam w SMS'y i zaczęłam czytać tego od mamy.

     Kochanie, przyjedź szybko do domu. Mamy 3 godziny do badania. Buzi.
                                                                               Mamusia
Schowałam telefon do kieszeni i wstałam, skierowałam się do wyjścia, i wysiadłam z autobusu. Była godzina 10.15. Szybkim krokiem poszłam do domu. Otworzyłam drzwi i przede mną stanęła mama.
- Wreszcie jesteś. - powiedziała
- Musimy jechać?
- Hailey, wiesz że to może zagrażać twojemu życiu, musimy no.
Rzuciłam torbę na podłogę i poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, umyłam zęby i ubrałam świeże ubrania. Wyszłam z toalety w mokrych włosach i spojrzałam na zegarek.
- Mamy godzinę córuś. Idź wysusz włosy i jedziemy.
Spojrzałam na nią ostatni raz i skierowałam się do mojego pokoju. milcząc. Podłączyłam suszarkę i zaczęłam suszyć włosy. Po 15 minutach odłączyłam ją z kontaktu i wyszłam z pomieszczenia.
- Jesteś już. Szpital jest dosyć daleko, więc spieszmy się. Jesteśmy umówione na za pół godziny.
- Wiem - warknęłam ze smutną miną.
Razem z mamą ubrałyśmy się i wyszłyśmy na dwór. Podeszłyśmy do samochodu i weszłyśmy do niego. Mama odjechała z piskiem opon

Weszłyśmy do szpitala milcząc. Usiadłyśmy na poczekalni i zaczęłyśmy czekać.
- Panna Hailey Matthew? Zapraszam.
Mama kiwnęła głową dając mi znak, że mam iść. Całe pomieszczenie było białe, a na środku znajdowała się maszyna. Okropnie się bałam.
- Połóż się tutaj.
Lekarz wskazał palcem na materac znajdujący się przed urządzeniem. Zrobiłam co mi kazał.
- Tylko się nie ruszaj, jasne?
- Mhmm - jęknęłam
Poszedł za szklaną szybę i zrobił coś w komputerze. Nagle materac zaczął wsuwać się do środka, a ja coraz bardziej się denerwowałam. Chwilę tam poleżałam i zaczęłam stamtąd wyjeżdżać. Odetchnęłam z ulgą. Lekarz grzecznie mnie wyprosił z sali i poszedł sprawdzać wyniki.
- I było tak źle? - zapytała mama
- Było jeszcze gorzej niż źle. - warknęłam.

- Panny Matthew? Proszę za mną.
Obie weszłyśmy do gabinetu i usiadłyśmy na przeciwko niego.
- Niestety nie mam dobrych wieści. Ma pani nowotwór mózgu.
- Słucham? - krzyknęłam przez łzy. Mama próbowała mnie uspokoić.
- Za późno jest wykryty, nie będziemy w stanie go wyleczyć. Przykro mi.
- C-czyli córka w 100% umrze?
- Nie koniecznie. We Włoszech nie jesteśmy w stanie jej wyleczyć, lecz w Ameryce jest taka możliwość.
- Ile to będzie kosztowało?
- Obawiam się, że powyżej 200 tysięcy, jak nie więcej. - mama złapała się za głowę ocierając łzy.
- Mam oszczędności, zapłacę.
- Mamo, nie. To na twój wymarzony dom.
- Zdrowie jest ważniejsze, córcia.

Rankiem byłam niewyspana. Cały czas myślałam o chorobie i mamie.
- Wstałaś już? - spytała otwierając drzwi. - znalazłam wczoraj dobrą klinikę. Dzwoniłam i chcą 250 tysięcy.
- Mamo ja nie mogę.
- Już załatwiłam. Masz jutro lot do Atlanty.
- Mogę nie przeżyć.
- na 90% będziesz wyleczona.
- A taniec?
- Kochanie, przykro mi. Jeśli chcesz żyć musisz poświęcić taniec.
Spojrzałam na nią i momentalnie z oczu zaczęły lecieć mi łzy. Tańczę 9 lat... i nagle mam przestać? Nie potrafię. To jest zbyt ważne. Godzinę płakałam i myślałam o tym. Nie mam innego wyjścia. Tak chciał mój los. Wstałam i zaczęłam się pakować. Wzięłam wszystko; ubrania, kosmetyki, buty. Było ciężko spakować się w tak małą walizkę, ale jakoś dałam radę.

     Następnego dnia pojechałyśmy z mamą na lotnisko.
- Nie bierzesz swojego bagażu? - zapytałam zdziwiona.
- Kochanie, nie jadę z tobą. Nie mogę. Na lotnisku w Atlancie będzie ciocia. Pojedziesz z nią do domu. Pisz i dzwoń kiedy chcesz. Zobaczymy się za rok.
 Zesmutniałam, ale przyjęłam to jakoś do wiadomości. Pożegnałam się z mamą i weszłam do samolotu.

_______________________

Rozdział pierwszy jest.
Justin dopiero pojawi się w 2 lub 3 rozdziale.
Będą one pojawiały się codziennie.
Na razie mam jeszcze 1 tydzień ferii, więc luz.
Czytasz? = Skomentujesz?

2 komentarze:

  1. Tak super ff i fajny pomysl moze wpadniesz do mnie ? dukwiat.blogspot.com prosze wejdz do mnie i skomentuj czy sie podona dzisiaj dodam 2 rozdzial i moze 3

    OdpowiedzUsuń