czwartek, 4 lutego 2016

Rozdział 13

Hailey's POV


Gdy się obudziłam, nikogo nie było obok mnie. Poczułam się w tej chwili smutna.
Wyjęłam świeżą koszulkę Justina z szafy, chyba mogłam, no nie? No i podeszłam do drzwi. Okno samo się uchyliło, przeciąg? Tak, raczej tak. Podeszłam do niego, żeby zamknąć i prawie mi się to udało. Usłyszałam za sobą głośny huk, odwróciłam się gwałtownie, ale nikogo nie było. Rozglądnęłam się dookoła - nic. Dobra, więc postanowiłam dokończyć to co zaczęłam, czyli zamykanie okna. Podniosłam rękę na wysokości klamki i ją złapałam, gdy ktoś nagle złapał mnie za biodra, aż syknęłam z bólu. 
- Będiesz moja. - poczułam lekkie ciepło na moim karku. Przeszły po mnie te nieprzyjemne dreszcze.
- Proszę, puść mnie. - szepnęłam, a do moich oczu napłynęły łzy.
- Puszczę cię kiedy będę chciał. - podniósł ton głosu o jeden. Nie, to nie był Justin.
Dostała czymś ciężkim w głowę, po czym urwał mi się film.
***
Obudziłam się w ciasmyn pomieszczeniu, nie było okien, ściany były ciemne. Leżałam na boku związana na podłodze.
- Luke, obudziła się - odezwał się głos za mną.
Facet, z tego co wiem, Luke, przyszedł do pomieszczenia.
- C-co ode mnie chcecie? - powiedziałam z resztek sił.
- Od ciebie? Nic. Od Biebera? Coś. - warknął
- Co? - syknęłam łamiącym się głosem.
- Chcę żeby cierpiał. Cierpiał jak ja wtedy.
Nie miałam siły się w tamtej chwili odezwać. Tak strasznie bolała mnie głowa.
Mężczyzna podszedł do mnie cichym krokiem i nogą dotknął moją głowę oglądając ją. 
- Nada się. - wycedził przez zęby.
Chciało mi się w tamtym momencie płakać tak bardzo.
Czy już dla nikogo kompletnie się nie liczę?
Poczułam ból na brzuchu, później jeszcze silniejszy. Bił mnie, bardzo mocno.
- Jak będziesz moja, nie będę cię bił. - wycedził Luke. - na co czekasz? Mamy lot za godzinę. Palv, rozwiąż ją. - ostatnie zdanie rzucił do kolesia, który za mną stał.
Palv, bo tak go nazwał Luke, włożył mi jakąś tabletkę do ust i kazał przełknąć. Zrobiłam to co kazał, bo nie chciałam jeszcze bardzoej cierpieć.
Oczy powili mi się zamykały coraz bardzoej, chciało mi się coraz więcej spać, aż temu uległam.

Obudziłam się na łóżku, to nie było to same miejsce.
- Już wstałaś, szmato. - splunął
- Co ty ode mnie chcesz? Dlaczego to robisz?
- Dlaczego? Jak już mówiłem, zabił moją miłość, więc ja zrobie to samo z jego. Lecz tym razem będzie to powolna i bolesna śmierć. Będziesz błagała, żebym zlitował się nad tobą i pozwoił umrzeć. Wiec co ci powiem kurwo? Że nie. Nie pozwolę, bo chcę żeby Bieber cierpiał jak najmocniej, rozumiesz to?
Nic nie odpowiedziałam.
- Pytam się czy rozumiesz?! - krzyknął zbliżając się do mnie.
W ręce miał nóż, który coraz bliżej przysuwał do mnie, raczej do mojej szyi. Przeniósł go na mój policzek, delikatnie wbijając, a później już mocno przejechał nim. Czułam jak z niego zaczyna lecieć krew.
- Rozumiem, proszę, nie rób mi krzywdy. - powiedziałam błagalnym głosem.
- Przestanę, gdy będę miał na to ochotę, rozumiesz? - przerwał - pyta czy rozumiesz?! - tym razem stanowczo krzyknął
- Tak, rozumiem. - odpowiedziałam łamiącym się głosem.

Justin's POV


Gdy wszedłem spowrotem do pokoju Hailey nie było. Uciekła? Okno było otwarte. Może poszła się przewietrzyć? Możliwe. Poczekam na nią.
Położyłem się na łóżku i myślałem. Moje rozmyślenia przerwał wibrujący telefon.
Podniosłem się i spojrzałem na wyświetlacz

Od: Numer prywatny
O: 10:12
Do: Justin
Możesz się pożegnać z dziewczyną na zawsze.

Hailey? Tu chodzi o Hailey? Spojrzałem na wyświetlacz - kolejny SMS

Od: Numer nieznany
O: 10:13
Do: Justin
Niedługo będzie cała we krwi.

Co to ma do kurwy nędzy znaczyć? 

____
Dobranoc:)

środa, 3 lutego 2016

Rozdział 12

 To tak cudownie brzmi! Hailey Matthew jest moją dziewczyną.
Usiadłem koło mojej dziewczyny i wpatrywałem się w nią. Była jeszcze pod narkozą. Jest taka piękna, gdy śpi.. Złapałem ją za rękę i delikatnie przejechałem po grzbiecie dłoni. Siedziałem wpatrując się w nią z dobrą godzinę, gdy nagle się lekko obudziła.
- Kochanie? - odezwałem się pierwszy
- Justin? Gdzie ja...
- Cii, nic nie mów. Wszystko będzie dobrze. - przerwałem jej - bo wiesz, księżniczko... Już od dzisiaj żyjemy normalnie.
- 'Żyjemy normalnie'? - nie wiedziała o co chodzi.
- Widzisz, twoja mama złożyła podpis na umowie...
- Umowie? - przesunęła się, a ja już wiedziałem o co jej chodzi, bo poklepała miejsce obok z wielkim uśmiechem.
Usiadłem obok niej i przełożyłem rękę przez jej ramię, obejmując ją.
- Widzisz, jak już chyba się domyśliłaś to nie była operacja 'ratujące ci życie'. Może w pewnym sensie była, ale nie nagła.
- Justin, kręcisz. Powiedz, o co chodzi. - spytała kładąc mi głowę na torsie.
- Hailey, kocham cie, księżniczko. Nie wyobrażam sobie bez ciebie ani chwili i gdybyś umarła... - przerwałem - nie wybaczyłbym sobie tego.
- Justin, błagam powiedz mi bo umrę z ciekawości zaraz!
- Kochanie, za wszystko zapłaciłem, wyleczyli cię.
- Wiem, jutro wychdzę ze szpitala.
- Hailey, czy ty nic nie rozumiesz? Nie chodzi mi o to! Mi chodzi o to, że jesteś zdrowa w stu procentach.
- Justin, nie jestem zdrowa. Słuchaj, za rok umrę, jak nie szybciej. Nie chcę ci robić nadziei, żebyś później cierpiał. Przepraszam. - czułem jak jej policzki robią się mokre od łez, bo spływały na moją koszulkę.
- Nie, księżniczko, to tak się nie skończy. Po pierwsze nie musisz mnie za nic przepraszać, a po drugie operacja miała na celu usunięcie guza mózgu, słoneczko. I wiesz co? Powiodła się. - uśmiechnąłem się pod nosem i chciałem sprawdzić jak zareaguje.
Dziewczyna podniosła się z mojego torsu i spojrzała mi prosto w oczy. Chwilę tak patrzyliśmy, aż w końcu usiadła na mnie okrakiem.
- Justin, nie mówisz poważnie, co?
- Mówię poważnie!
Przybliżyła usta do moich, gdy miały się złączyć, ktoś wparował do nas do pokoju przerywając NASZĄ chwilę.
- Można? Czy przyjść później - spytał lekarz.
Dziewczyna od razu zeszła ze mnie i usiadła na swoim miejscu.
- Można - odpowiedziała z uśmiechem
- A więc, pani już chyba się dowiedziała jaki gest zrobił narzeczony. Jest pani w stu procentach zdrowa. - odpowiedział i uniósł lekko kąciki ust. - Musi panią bardzo kochać, ale nie przyszedłem tu po to. Minęło 12 godzin od operacji, więc myślę, że może pani dostać wypis, w domu pan Bieber lepiej się panią zaopiekuje.
12 godzin? Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwiona. Pewnie chodziło o słowo 'narzeczony'. Jej mina była bezcenna.
- Tak, prosimy - odpowiedziałem. - Ja panią Matthew zaopiekuję się najlepiej jak potrafię.
Uśmiechnąłem się spoglądając na nią.
- Pani rzeczy są w tej szafce - wskazał palcem na szpitalną komodę - a ja zaraz przyjdę z wypisem.
Podniosłem się z łóżka, kiedy facet wyszedł z pokoju i zacząłem pakować rzeczy Hailey.
- Justin, powiedz o co chodziło z 'narzeczony'?
- Ahh, kochanie. - zaśmiałem się - kiedy przywiozłem cię do szpitala nie chciano udzielić informacji, bo nie jestem z rodziny. Kiedy przedstawiłem się jako narzeczony, bo to prawie rodzina, wszystko mi wyśpiewali.
- Dziękuję.
- Podziękujesz mi potem, kochanie.
W tamtej chwili tak się nam dobrze rozmawiało, ale jak zwykle musiał przyleźć lekarz z wypisem. Hailey szybko podpisała się, a lekarz rzucił coś w stylu 'Trzymajcie się' i wyszedł.
Jak już spakowałem rzeczy Hailey, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem w kierunku drzwi.
Nim się obejrzeliśmy byliśmy już w samochodzie. Ruszyliśmy pod mój dom z piskiem opon.
- Jak się czujesz? - spytałem podczas drogi przerywając niezręczną ciszę.
-Wiesz, nawet nie czuje, że jestem po tak ciężkiej operacji. Czuje się jakbym nawet nie była w szpitalu.
- No to cudownie, panno Matthew.
- Też się cieszę panie Bieber.
Zaśmialiśmy się oboje.
Wysiadłem z auta i poszedłem z drugiej strony, żeby otworzyć drzwi mojej księżniczce. Podeszliśmy do drzwi i je otworzyłem wpuszczając ją przede mną.
Mojej siostry nie było w domu, więc mieliśmy cały dom dla siebie.
Rzuciłem torbę w kąt, a po chwili podbiegłem do Hailey i przycisnąłem ją do ściany. Chyba się mnie lekko przestraszyła, ale ja nie miałem zamiaru jej nic zrobić.
- Dokończymy, co zaczęliśmy w szpitalu? - spytałem, a ona kiwnęła głową.
Wbiłem się w jej niesamowite usta. Podniosłem ją lekko ściskając przy tym jej pośladki, a ona oplotła nogi wokół mojego pasa. Nie oderwaliśmy się od siebie ani na chwilę.
Zaniosłem ją na górę kierując się do swojego pokoju i tam położyłem ją na łóżku. Lekko się nad nią uniosłem i w końcu oderwaliśmy od siebie nasze usta dysząc.
Szarpnąłem jej bluzkę, która po chwili wylądowała na podłodze.
- Justin, denerwuję się.
- Jesteś.. dziewicą?
Kiwnęła głową nieśmiało.
- Ej, kochanie. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ufasz mi?
- Ufam - powiedziała.
Szybko ściągnąłem z siebie niepotrzebne części garderoby, kiedy ona już była bez nich i delikatnie w nią wszedłem, a ona jęknęła z przyjemności.

wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 11

- Do jesnej cholety jakiej zgody?
- Na leczenie córki.
- Nie zapłacę - przeprała - za żadne leczenie - wycedziła przez zęby
- Ja zapłacę. Chyba, że te ponad 700 tysięcy mają przepaść, ale trudno...
- Przekonałeś mnie gówniarzu, dawaj.
- Musimy jechać do szpitala.
- Najpierw pieniądze.
- Zostajie je w samochodzie, a jak wrócimy oddam pani.
Wsiedliśmy do mnie do auta i odjechaliśmy z piskiem opon. Nie jechaliśmy długo i po chwili bylśmy już pod gabinetem.
 - Można? - spytałem
- Jasne, Bieber, wejdź.
Weszliśmy i usiedliśmy na przeciwko niego.
- Dzień dobry, Jasmine Matthew. Moja córka tu leży, przyszłam tylko podpisać zgodę.
facet podsunął jej umowę, a ona jedym ruchem ręki podpisała. Miała wszystko w dupie. Wyszła z gabinetu i pociągnęła mnie za sobą.
- Teraz pieniądze.
Rzuciłem jej kluczyki i kazałem później odnieść.
- Panie Bieber, jeszcze pieniądze.
- Muszę je przelać czy do ręki?
- Do ręki, najlepiej.
Tak jak powiedział tak zrobiłem. Wyszedłem do auta i zobaczyłem kobietę z dwoma teczkami.
- Chwila,  dokąd? Jedna jest moja.
- Która?
- Ta do jasnej cholery na której napisane jest 266 tysięcy!
Oddala mi teczkę i kluczyki, a ja zamknąłem samochód i skierowałem się w stronę szpitala. Rozliczyłem się z kolesiem i wszedłem do Hailey.
- Tęskniłaś księżniczko? - spytałem, a na jej twarz wkradł się uśmiech.
-  O mój Boże, nawet nie wiesz jak bardzo!
Schyliłem się nad nią i delikatnie uratowałem jej usta. Ona złapała mnie za policzki i pogłębiła pocałunek. Całowaliśmy się chyba z godzinę,  ale to nie była godzina prawdziwego czasu. W prawdziwym czasie trwało to pół minuty? Minute? Gdzieś tak.
Dziewczyna poklepała na miejsce obok siebie i przesunęła wie, dając mi do zrozumienia żebym usiadł.
Położyłem się obok niej, a ona spuściła głowę na mój tors.
- Ej mała, wiesz co?
- Co stary?
Zaśmialiśmy się oboje.
- To, że bardzo cie kocham
-  Oki,  nie na sprawy - odpowiedziała
- 'Nie ma sprawy?' - zacytowałem ją.
Zaczęła się śmiać lekko i mnie otuliła.
- Tez cie kocham, i to baardzo.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, a może to do niej, i pogłaskałem ją po głowie.
Dziewczyna powoli zamykała oczy i odpływała. Nie wiem czy to przez mój dotyk, że jestem taki niesamowity,  czy przez to ze była bardzo wykończona.
Stawiam, że to drugie jest bardziej realne.
Leżelismy długo przytuleni do siebie, aż wstałem żeby sprawdzić godzinę. Była 19:40, czyli zaraz wpatruje lekarz i przygotuje ją do operacji.
Wyspowodziłem się z jej objęc tak aby jej nie obudzić i poszedłem w stronę drzwi.  Chwyciłem za klamkę i pociągnąłem drzwi w swoją stronę, aby się otworzyły. Stanął przede mną lekarz
- Może pan coś wymyślić, żeby nie było że dałem pieniądze na leczenie? W sensie żeby nie wiedziała że operacja ma uratować jej życie.  - szepnąłem
Lekarz tylko kiwnął głową i ominął mnie. Wyszedłem na korytarz i pozostało mi czekać.
Wywieźli moją mała księżniczke, a ona dopytywała się o co chodzi.
- Panno Matthew,  jest zagrożenie dla życia, więc proszę zachować spokój. Musimy panią operować.
Dobrze to rozegrał,  bo dziewczyna położyła się sportem na łóżko. Nie żeby na min nie była,  ale była poparta łokciami.
Stanąłem przed salą, gdzie operowana była moja księżniczka. Czekałem z niecierpliwością na koniec. Wydawało mi się że to ciągnie się w nieskończoność! Czy to tak długo musi trwać? Podszedłem do baru i kupiłem kawę, żeby tam nie zasnąć i wróciłem sportem.
W tej chwili lekarz wyszedł z sali.
- Co z nią?
- Udało się nam pozbyć raka. Może pan wejść do ukochanej.
Kamień spadł mi z serca. To było nie do opisania. Przynajmniej nie stracę już osoby na której mi w chuj zależy! Mogłem dla Avalanny zrobić to samo, ale było już za późno. Ślad za nią przypadł.


_________
Hej kochani, nie wiem czy ten rozdział jest długi czy krótki, bo pisałam go na telefonie i wybaczcie ze tak późno je dodaje, ale szkoła. W weekend będę się starała pisać rozdziały i dodawać je w poszczególne dni. Skończyły mi się juz ferie, więc nie będzie tak łatwo. Staram się ciągle dodawać je regularnie. Dobrabic:*

poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 10

- Hailey, powinnaś wrócić do łóżka.
- Walić moje zdrowie.
- Nie mów tak, serio
Próbowałem zaciągnąć dziewczynę spowrotem do pokou, ale w tym momencie przerwał mi lekarz
- Panno Matthew, rzeczywiście pani się obudziła, ale prosimy wrócić do łóżka. Pani stan bardzo zagraża pani zdrowiu.
Lekarz odprowadził Hailey do pokoju, a ona położyła się na łózku. Gdy spotkałem lekarza wychodzącego z pomieszczenia musiałem go zapytać.
- Proszę pana, czy da jeszcze się wyleczyć Hailey?
- Jasne, poleży troszkę i jej stan będzie stabilny.
- Chodzi mi o nowotwór mózgu.
- Ah, u Hailey jeszcze niezbyt się rozwinął, więc możemy temu zapobiec.
- Czyli przeżyje?
- No to jednak nie jest takie proste, ponieważ urządzenia, które się używa są drogie, a państwo nie płaci, więc trzeba zapłacić z własnej kieszeni.
- Ile? Dam wszystko! milion? Dwa?
- Oo, proszę pana. 250 tysięcy, jak nie więcej. Widzę, że bardzo panu zależy na zdrowiu narzeczonej.
- A Panu nie zależałoby?
- Zależałoby. Proszę iść do panny Matthew, a jak pan z nią porozmawia to może pan przyjść i porozmawiamy o operacji.
Podziękowałem mu grzecznie i udałem się do sali, w której leżała Hailey. Tak bardzo się cieszyłem, że mogę ją uratować!
- Hailey? - zapukałem i wszedłem do środka.
- Justin? Miło cię znów widzieć. - ciepło się do mnie uśmiechnęła.
Podszedłem do jej łózka, a ona przesunęła się na bok, żebym mógł się obok niej położyć. Zrobiłem to, a ona oparła głową o moją pierś.
- Księżniczko, mogę cię o coś zapytać?
- Jasne.
- Czy no wiesz.. Słyszałaś co do ciebie mówiłem? No jak byłaś.. no wiesz, spałaś?
- Usłyszałam wszystko.
- Kocham cię księżniczko
- Kocham cię księciu.
Po chwili milczenia, zacząłem czuć, że moja koszulka przemaka łzami.
Wstałem z miejsca i uklęknąłem obok łóżka patrząc na dziewczynę.
- Co się stało?
- Wiesz, Justin. To jest w pewnym sensie bardzo trudne.
- Księżniczko, miłość nie jest trudna, ale musisz uwierzyć.
- To nie o to chodzi... Bo... Za rok umrę i wtedy wszystko przestanie istnieć.
- Kochanie, poradzimy sobie. Ja później wrócę, bo muszę iść coś załatwić.
 Pocałowałem lekko jej śliczne usta i wyszedłem z sali rzucając jej ostatni uśmieszek.
Podszedłem do gabinetu lekarza, zapukałem, a gdy rozleglo się 'proszę' wszedłem do środka i usiadłem naprzeciw mężczyzny.
- Panie...
- Bieber.
- Więc, panie Bieber. chcił pan porozmawiać o nowotworze pańskiej narzeczonej?
- Tak, dokładnie.
- Wszystko obliczyłem i to będzie wynosić 266 tysięcy.
- Mam pytanie; kiedy jest najbliższy termin?
- Um.. Mógłbym pana wcisnąć na dziś wieczorem, iż jednemu z pacjentów nie udało się dożyć. Dziś miał mieć operację, ale do niej nie dojdzie. ATo na dziś?
- Jasne! Lecę do banku wypłacić pieniądze.
Nie wierze, że tak łatwo poszło.
- Jeszcze jedno panie Bieber.
- Słucham?
- Umowa.
- Podpiszę ją jak wrócę.
- Opiekun prawny jest potrzebny.
No to po mnie.
A raczej po Hailey.
Jej matka nigdy się na to nie zgodzi.
No chyba że...

***

Wypłaciłem milion z mojego konta w banku. Mam na nim znacznie więcej, bo mam firmę o rodzicach, dokładniej po mamie.
Pojechałem w stronę domu Hailey.
Zapukałem do drzwi.
Drugi raz
Trzeci
Dziesiąty
Setny
- Kurwa mać czego chcesz? - kobieta otworzyła drzwi i warknęła.
- Pani jest Jasmine Matthew?
- Tak do kurwy nędzy.
- Po pierwsze grzeczniej, a po drugie zapłacę pani 734 tysiące za podpisanie zgody.

______
 Chciałam wam jeszcze podziękować za 1 tysiąc wyświetleń ba blogu! Wow, to niesamowite:) dziękuję wam :*

niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 9

- Nie, nie możliwe. - jąkał się jak to mówił.
- Nie wiem co to znaczy, ale mógłbyś pójść tak i no wiesz...
- Uważasz, że to dobry pomysł?
- Ja nigdy nie mam dobrych pomysłów, ale jak... - przerwałam - z resztą nie ważne. Możemy nawet teraz iść.
- A twoja glowa?
- Pieprzyć mój łeb!
Zaśmial się jak to powiedziałam.
- A więc chodźmy..
Oboje wstaliśmy.
- Justin? Bo jest pewnien problem.
- Jaki? - spytal jakby nie wiedział o co mi chodzi.
- Ubrania.
- A tak. Pójdę po jakieś od Jazzy, zmieścisz się chyba, nie? Między wami jest tylko rok.
- Tak, pewnie. - odpowiedziałam
Justin wyszedł z pomieszczenia, a ja usiadłam na łóżku. Nie musiałam długo czekać, bo szybko przyszedł do mnie z rzeczami.
- Dziękuję. - powiedziałam z małym uśmieszkiem
Nic nie powiedział tylko odwzajemnił gest, a ja poszłam do łazienki.
Zrzuciłam z siebie koszulę Justina i włożyłam ją do kosza na brudne rzeczy.
Bo chyba nim był, nie?
No i ubrałam się w rzeczy dziewczyny.
Dała mi czarną koszulkę z napisem 'Fuck Off' i czerwone rurki.
Koszulkę włożyłam w spodnie i lekko ją wypuściłam, po czym wyszłam z łazienki i zeszłam na dół
Justin czekał na mnie już ubrany w czarne rurki i biały t-shirt, który podkreślał jego wyrzeźbioną klatkę piersiową.
- Gotowa? - spytał
- Jak zawsze
Ciepło się do niego uśmiechnęłam i oboje skierowaliśmy się do wiatrołapu. Ubrałam moje białe Superstary, a Justin czarne Supry i wyszliśmy na zewnątrz.
Nie zauważyłam, że chłopak schyla się, żeby zawiązać buta i poszłam dalej wpatrując się w niebo.
- Ey, księżniczko. Nie pędź tak.
Stanęłam i spojrzałam na niego oraz lekko się uśmiechnęłam.
Wtedy potrącił mnie samochód, byłam na środku jezdni.
Czułam, że po mnie spływa krew, ale nic nie usłyszałam. Jedynie tylko karetkę nadjeżdżającą i wtedy urwał mi się film.

Justin's POV


Czekałem na to, żeby któryś z lekarzy raczy mi coś powiedzieć.
W końcu się doczekałem!
- Przepraszam, może mi pan powiedzieć co z moją... dziewczyną?
Dziewczyną mówisz?
Jakbym powiedział, że przyjaciółką uznaliby, że nie jesteśmy rodziną i nie może mi udzielić informacji.
- Przykro mi, nie jest pan z rodziny. Nie możemy udzielać panu takich informacji.
- Znaczyy... Prawie jesteśmy. To moja narzeczona.
- No dobrze, niech panu będzie. Jak się nazywa?
- Hailey Matthew.
- To znaczy, pańska narzeczona jest w ciężkim stanie, zrobiliśmy jej tomografię głowy. Nic nie jest uszkodzone, ale ma nowotwór. Jest cała poobijana, ale nie ma obrażeń wewnętrznych na tą chwilę. Leży w śpiączce. Nie mamy pewności, że się wybudzi.
- Dziękuję, mogę do niej wejść?
- Tak, myślę, że tak. Tylko musi pan nie mówić głośno ze względu na stan pacjentki.
Nic mu nie odpowiedziałem, tylko wszedłem do sali. Na początku patrzyłem w inną stronę, bo bałem się na nią spojrzeć, ale po chwili musiałem. Była cała poobijana, a do ciała miała przypięte kabelki. To one podtrzymywały ją przy życiu.
Podszedłem do niej i usiadłem na krzesełku obok. Wziąłem ją za dłoń i postanowiłem coś z siebie wydusić.
- Hailey, księżniczko. Nie mogę wybaczyć sobie tego. Jakbym nie miał wtedy rozwiązanej sznurówki, zatrzymałbym cię przy jezdni i byłoby okej. Nie wiem, czy jak się obudzisz, będziesz chciała mnie widzieć... Wszystko przeze mnie. Przepraszam za wszystko. Szczerze mówiąc, wiesz? Możesz umrzeć, choć tego tak bardzo nie chcę, i muszę ci coś ważnego powiedzieć. Możesz tego nie słyszeć, ale trudno. Będę w przekonaniu, że ci to powiedziałem, a nie stchórzyłem i milczałem. Kocham cię Hailey Matthew, tak! Dobrze słyszysz, jeśli to w ogóle słyszysz.
- J-ja ci-ieb-ie t-też. - wymamrotała.
Boże ona się budzi, moja mała księżniczka się budzi!
Wybiegłem szybko z sali i zawołałem lekarza.
- Hailey się budzi! Ona się budzi.
Lekarze weszli do sali. Byłem w siódmym niebie.
Moja mała księżniczka się budzi.
I do tego powiedziała, że mnie kocha.
Ja chyba śnię.
Po chwili wyszli z jej sali lekarze. Nie mogłem wyczytać nic z ich twarzy. Oszukanie? Złość?
- Co z nią?
- Nic, pacjentka się nie wybudziła.
Czyli śpi? Do kurwy nędzy, ona nic nie powiedziała?
Siedziałem na korytarzu z głową schowaną w rękach i nie mogłem w to uwierzyć. Jestem wariatem! Czy serio to sobie wymyśliłeś? 
Wtedy zauważyłem, że ktoś wybiega z sali.
Hailey? Tak, to była Hailey.
- Jezu, księżniczko co ty robisz? - zerwałem się na proste nogi i ją złapalem
- Justin, nie zwariowałeś.



sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział 8

Hailey's POV


Złapałam się za głowę i nie mogłam nic zrobić, tak bardzo mnie bolała. Cóż... lekarz mówił, że mogą wystąpić silne bóle głowy.
- Hailey, wszystko okej? - spytał Justin
- Gdybym powiedziała, że tak skłamałabym. - powiedziałam z resztek sił.
Nie mogłam tego wytrzymać i upadłam na ziemię.
Podbiegł do mnie Justin i wziął mnie na ręce, jak miłość swojego życia przy ołtarzu i zaniósł mnie na górę, po czym położył na łóżku.
'Jak miłość swojego życia' Jezu jakie daje porównania! Hailey, jesteś chora, serio.
Wyciągnął z szafki butelkę wody i dwie tabletki.
- To powinno pomóc. - powiedział
Łyknęłam tabletki popijając wodą.
- Połóż się, mała.
- To... może głupio zabrzmieć.. a-ale boję się.
Taka prawda. Boję się sama leżeć.
W domu mam wielkiego misia, który zastępuje mi jakąś osobę.
Justina?
Nie! To tylko mój przyjaciel.
Wmawiaj sobie
Jestem tego pewna! On mnie traktuje jako przyjaciółkę, a ja go jak przyjaciela!
Kłóciłam się w myślach z podświadomością.
- To jak? - spytał Justin.
- Słucham? - nie wiedziałam o co chodzi.
- Hailey, słuchałaś mnie w ogóle?
- Noo... Niezbyt.
- Ehh, pytałem się czy przypilnować cię i czy jeszcze boli cię głowa.
- Boli, ale już znacznie mniej. A i co do tego pierwszego... to jakbyś mógł... - powiedziałam dwa ostatnie słowa tak bardzo nieśmiało
- Um, nie ma sprawy.
Wczołgałam się pod kołdrę, oparłam się o poduszki i czekałam na Justina.
- Coś nie tak? Czy mam coś na twarzy..?
- Nie, nic nie masz. Wyglądasz słodko.
- To czemu nie idziesz?
- A właśnie... Już, już.
Podszedł obok mnie i wszedł pod kołdrę.
- Justin? - spytałam otulając jego nagi tors i kładąc głowę na nim.
- Huh?
- Dziękuję za wszystko, nawet nie wiesz jak to miło mieć prawdziwego przyjaciela.
- Wiem, księżniczko.
- Skąd?
- Bo moja prawdziwa przyjaciółka właśnie się do mnie przytula.
Po tym co powiedział uśmiechnęłam i zarumieniłam się.
- A wiesz co ci jeszcze powiem?
- Co? - spytałam
- Kocham jak się rumienisz i uśmiechasz.
- Wtedy wyglądam jak.. uhh, burak!
- Nie prawda, wyglądasz słodko!
Po jego słowach chwilkę milczeliśmy. Zaczęło mi się coraz bardziej chcieć spać, więc próbowałam zamknąć powieki.
Gwałtownie ktoś wszedł nam do pokoju. Podniosłam się z miejsca.
Jazmyn
- Jezu, dziewczyno, zawał dostanę! - krzyknęłam
- Ehh, nie myliłam się. Mogę usłyszeć odpowiedź na moje wczorajsze pytanie? - uśmiechnęła się przebiegle
- Huh? - spytałam
- Od ilu jesteście razem?
- My.. nie jesteśmy razem. - powiedziałam
- Mhmm, taa. Przychodzisz do niego o 23, śpicie razem całą noc i teraz leżycie półnadzy w łóżku.
- Jazmyn, możesz wyjść do cholery?! - krzyknął Justin.
- Dobra, ale jeśli przyznacie, że jesteście parą.
- Tak, jesteśmy parą! - powiedział.
- I o to mi chodziło.
 Wychodząc trzasnęła lekko drzwiami, a ja wróciłam do mojej poprzedniej pozycji.
- Co to miało być? - spytałam
- Ona nie odpuściłaby. Chciałem, żeby dała spokój.
- Dobranoc Justin.
- Dobranoc księżniczko.
Pocałował mnie w czubek głowy i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.
Był bardzo miły.
Chyba nie wyobrażam sobie nas jako para.
Nie pasowałoby...
Szczerze? Nigdy nie miałam chłopaka, bo ktoś taki jak ja, po prostu nie zasługuje na miłość.
Taka jest prawda.
- Hailey? Śpisz już?
- Nie śpię. Co się stało?
- No bo... Nie wiem czy powinienem o to pytać, ale zaryzykuję. Co z twoim rakiem?
Rzeczywiście, nie powinien.
- No um...
- Nie umrzesz, prawda? - przerwał mi
- Umrę. Po prostu sama nie mogę się z tym pogodzić.
- Nie możesz. Wiesz... ciężko jest tracić osobę, na której ci zależy.
Czy on właśnie mi powiedział, że mu na mnie zależy?
- Straciłeś?
Na chwilę zamilkł i nie wiedział co powiedzieć, ale się przełamał
- Taka dziewczynka, Avalana się nazywała. Miała 3 latka jak zachorowała. - powiedział łamiącym się głosem
- Na co?
- Raka mózgu. Straciłem ją.
- To straszne, Justin.
- Nie możesz odejść. Jesteś wszystkim co mam.
- A Jazmyn? Rodzice?
- Miałem też brata, Jaxon'a. Moi rodzice razem z nim zginęli w wypadku samochodowym i została tylko Jazmyn.
- Twój tata to Jeremy?
- Taak, znałaś go?
- Jest lekarzem?
- Był.
- To.. dziwne. Jak byliśmy w szpitalu mój lekarz nazywał się Jeremy Bieber.

piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 7

Hailey's aunt POV


*Cofamy się do wizyty mężczyzny*

- Dam za nią 250 tys.
- Chcę 300. - targowałam.
- Dobra. Umowa stoi. Hailey Matthew jest moja.
Podaliśmy sobie ręce i mężczyzna dał mi teczkę z pieniędzmi, po czym wyszedł, a ja usłyszałam jak ktoś wybiega z domu.
Hailey? Kurwa mać, co ja narobiłam.
Podeszłam do okna i zauważyłam całą sytuację.
Hailey została złapana.
Bierz ją kutasie.
Co kurwa? 
Chłopak podbiegł i przypieprzył mu w nos.
Hailey do cholery!
Wzięłam telefon do ręki i zadzwoniłam do Jasmine.
Pierwszy sygnał,
Drugi sygnał
- Halo? - rozległ się głos w słuchawce
- Sprzedałam ją, ale uciekła gnojowi.
- Jak to kurwa? Gdzie? - spytała siostra
- Skąd mam to wiedzieć?!
- Dobra kurwa jutro będę u ciebie.
Rozłączyłam się.

Następnego dnia czekałam na Jasmine na lotnisku.
- Jesteś już do cholery. - rzuciłam
- Gdzie ta suka pobiegła?
- Nie wiem, z jakimś chłopakiem do samochodu wsiedli i odjechała.
- Pamiętasz rejestrację? - zapytała głupio
- Tak, bo kurwa wszyscy patrzą na rejestrację.
- A jak on wyglądał?
- Miał blond grzywkę opadającą na czoło, widać podkreślone kości policzkowe, tatuaże na rękach, tyle zobaczyłam. - splunęłam
- Bieber.


Justin's POV


Wstałem cichutko, żeby nie obudzić mojej księżniczki. Tak słodko spała.
Bieber się pierwszy raz zakochuje się szczerze?
Nie prawda, spierdalaj podświadomość!
Poszedłem do kuchni, żeby zrobić jej śniadanie.
Hmm.. tylko co by tu...?
Naleśniki!
Wyrobiłem ciasto i powoli wlewałem na patelnię.
W tym czasie na dół zeszła Hailey. Tak śmiesznie wyglądała.
Miała na sobie o wiele za dużą moją koszulę, potargane włosy, rozmazany makijaż.
Była ode mnie o 20 cm niższa, a to trochę dużo
-  Co tak pachnie? - spytała swoim zaspanym głosikiem.
- Naleśniki, lubisz?
- Uwielbiam! - krzyknęła i podbiegła do mnie.
Wyłożyłem wszystkie na talerz, a Hailey nakryła do stołu.
Odsunąłem jej krzesło, a gdy usiadła zrobiłem to samo naprzeciwko niej.
- Nutella, czy masło orzechowe?
- Masło orzechowe i naleśniki? Niee..Masz może syrop klonowy?
- Lubisz syrop klonowy? Myślałem, że nikt nie lubi!
- Uwielbiam!
Podszedłem do szafki i wyjąłem 3 butelki cieczy.
Podszedłem do niej i oboje nalaliśmy sobie chyba z pół litra na jedzenie.
- Mmm cudowne! - jęknęła z przyjemności na co się uśmiechnąłem.
- Ej! Nie wiem co tam robicie, ale proszę - ciszej! - wrzasnęła Jazmyn z salonu.
Widać było, że Hailey zarumieniła się, bo zakryła to ręką.
- Uwielbiam kiedy się rumienisz. - zaśmiałem się. - jeszcze w tej wielkiej koszuli.
- Ejj, ty siedzisz w samych bokserkach. - uśmiechnęła się
Oboje wybuchliśmy śmiechem.
- Justin? Odwieziesz mnie dzisiaj do domu? Nie chcę ci zawracać na głowie.
- Nie zawracasz, jesteś moją przyjaciółką! Chcę żebyś tu była, dopóki nie będę miał pewności, że będziesz w domu bezpieczna.
- A jak nigdy nie będę?
- To na zawsze ze mną zamieszkasz.
- To takie miłe z twojej strony, ale ja nie mogę.
- Nie chcę, żeby ci się krzywda stała.
- Nie stanie, serio.
- Nie będę ryzykował. Mogę cię tylko zawieźć po ubrania do domu. 
- Ale wejdę sama?
- Taa jeszcze czego. A jak cię koleś uprowadzi?
- Nie ufasz mi?
- Pytanie na pytanie?
- Możliwe.
- Tobie ufam, tylko jemu nie.
- A więc wejdziesz ze mną.
- A więc dobrze.
Chwilę patrzyliśmy się na siebie i wybuchliśmy śmiechem.
- Co to było? - jeszcze się nie opanowałem.
- Nie mam pojęcia - powiedziała dziewczyna przez śmiech.